Pracując w Irlandii przez 7 lat w zawodzie zobaczyłam wiele ciekawych rozwiązań. Dużo się nauczyłam ale też wiele rzeczy nie chciałabym wdrażać do polskich placówek. A mianowicie.
Moją szefową była młodsza ode mnie dziewczyna która była również właścicielką koni wyścigowych na skale Europejską. Sama też brała udział w wyścigach. Chcąc nie chcąc 90% czasu spędzała poza pracownią protetyczną. Do pary miała chłopaka, również z branży konno – farmerskiej. Albo ona czy też on sam chciał się wykazać i pomagać jej w czasie wyjazdów na wyścigi konne.
Nauczył się wykonywania i obsługi urządzeń do natłaczania szyn ochronnych na zęby dla sportowców. Był to ogromny biznes i nagonka dla kółek i zajęć pozalekcyjnych dla dzieci i młodzieży. Mnóstwo tego się oddawało w ciągu dnia.
Nie zapomnę sytuacji kiedy przyszedł klient protetyczny do mnie a chłopaczek wykorzystując sytuację że byłam w drugim pomieszczeniu zajął się poradami protetycznymi. Ubrał rękawiczki, zdjął mu protezę i coś mu objaśniał, miał również biały fartuch to też wyglądał bardzo profesjonalnie. Przysłuchiwałam się tej rozmowie i pękałam ze śmiechu.
Pacjent bardzo grzecznie podziękował za nie fachową poradę i wyszedł.
